Bóg zabiera do siebie najlepszych Niedziela podlaska 46/2003. Jolanta Łopuska „I ta perspektywa: życia wiecznego, spotkania z Bogiem, który jest moim
Ze względu na nich Bóg wystąpi przeciw sprawcom zła, tak jak według Księgi Habakuka uczynił to już kiedyś na niewielką skalę. Jehowa unicestwi w niebie i na ziemi wszystkich odpowiedzialnych za zło i cierpienia. Jak oznajmił Habakukowi, jest na to „czas wyznaczony”. Możemy być pewni, że „niechybnie się sprawdzi.
dlaczego Bóg zabiera nam najbliższych Dlaczego - NEFRE "Trzeba żyć i postępować w zgodzie z sobąIść wytyczoną przez Boga drogąbyć z zasadami taką osoba, która zarazi innych miłością swąto jest to jedna miłość dla wszystkich ludzi why notmoże wreszcie świat"
Dlaczego Bóg zabiera takich wspaniałych ludzi, a tych złych zostawia ? Ann Carol Crispin Dodał/a: Marysia12344556688
To nie jest katolicka wizja wiary. Bóg nie domaga się zaufania „w ciemno”, nie powie: „Jeśli masz problem, to uwierz mocniej”. Zaufanie buduje się na wspólnym doświadczeniu – na tym, że nie zostałem zawiedziony. Bóg zawsze wychodzi pierwszy z inicjatywą. To On jest Stwórcą, to On zaproponował pakt o nieagresji i wzajemnym
Dał nam Pokarm, a o smaku trudno zapomnieć. Zostawił nam Chleb, w którym jest On, żywy i prawdziwy, z całym smakiem Jego miłości. Przyjmując Go, możemy powiedzieć: „To jest Pan, pamięta o mnie!”. Dlatego Jezus nas wezwał: „Czyńcie to na moją pamiątkę” (1 Kor 11, 24). Czyńcie: Eucharystia nie jest zwykłym wspomnieniem
. W hospicjum są 43 łóżka, każdego roku umiera na nich nawet 500 pacjentów. Ksiądz pracuje tutaj blisko 21 lat. – Mam wrażenie, że raz Bóg dał mi cud, aby pokazać, że to, co tutaj robię, ma sens – wyznaje. Opowiada także o nadziei, która pozwala mu zachować siłę w ciężkich momentach. 11 lutego obchodziliśmy Światowy Dzień Chorego. Święto to ustanowił Jan Paweł II. Dawid Serafin: Śmierci nie ma? Ksiądz Adam Trzaska: Jest. Ale przecież chcemy wierzyć, że będziemy żyli wiecznie. Można próbować uciec od śmierci. Nie chcemy w życiu się zatrzymać i pomyśleć o tym, że to nas kiedyś dotknie. Podświadomie czujemy, że to jest nasz los, ale nie chcemy się z tym skonfrontować. Chyba po prostu nie wiemy jak. Pamiętam parafię, w której ksiądz proboszcz miał w zwyczaju po zakończonym pogrzebie zwracać się do zebranych na cmentarzu. Mówił im: a teraz pomódlmy się za tego, którego pierwszego z nas Pan Bóg powoła. I pamiętam bunt ludzi, którzy nie chcieli takiej modlitwy. Nie potrafimy o śmierci słuchać? Na pewno się śmierci boimy. To jest coś, czego nikt z nas namacalnie nie przeżył. Nawet jeśli jesteśmy z nią oswojeni czy potrafimy sobie wiele rzeczy wyjaśnić, to wciąż jest wiele znaków zapytania. Myślę, że stąd ten lęk. Jak ksiądz o niej opowiada? Nie chcę mówić w sposób skomplikowany. Naukowym językiem tego nie opowiemy. Śmierć jest bardzo prosta, normalna i ludzka. Dlatego mówię to, co czuję i czego doświadczyłem. Do mnie przemawiają konkretne momenty z życia ludzi, którzy tutaj trafili. "Ratujcie, tu są diabły i chcą mnie porwać" Jakie to momenty? Był człowiek, który leżał na łóżku i mówił: ratujcie, tu są diabły i chcą mnie porwać. Zapytałem panią doktor, czy to mogą być omamy lub halucynacje po zażyciu leków. Ona powiedziała, że nie. I podchodzę do tego człowieka, który odganiał diabły. Modlę się nad nim. Raz jeszcze udzielam sakramentu namaszczenia. Ten mężczyzna po skończonych modlitwach mówi delikatnie do swojej żony i dwóch córek: o, diabły już poszły. I umiera. Spokojnie. To robi wrażenie na człowieku. Ma się poczucie, że uczestniczy w czymś niezwykłym. W czymś, czego nie widzimy oczami. Hospicjum to brama do innej rzeczywistości? To miejsce, gdzie w odchodzącym człowieku niebo styka się z ziemią. Pamięta ksiądz choć ułamek tych odchodzących ludzi, którym towarzyszył? Bardzo wielu. W taki geograficzny sposób. Wiem, na którym oddziale leżeli, w której sali, na którym łóżku. Pamiętam historie ich życia. Raczej ostatni akt tych historii. Ale każda z osób, które do nas trafiają, potrafi mi powiedzieć, co było wcześniej. Jedna więcej, a inna mniej. Człowiek niesie ze sobą historię swojego życia. Tych opowieści nie można ze sobą porównać. Można za to policzyć. Przez blisko 19 lat uzbierało się u księdza ok. 9 tys. tych historii. Można się do nich przyzwyczaić? Każdy człowiek jest dla nas kimś innym. Tak samo jak każde umieranie jest inne. Niby dzieje się to samo, człowiek odchodzi. Jednak za każdym razem jest inaczej. Inny jest grymas twarzy, inne dolegliwości, inni ludzie przy łóżku umierającego. Do tego nie da się przyzwyczaić. Kiedy ksiądz po raz pierwszy zetknął się ze śmiercią w swoim życiu? Pamiętam śmierć mojego dziadka, który odszedł w 1985 r. Dla niego ważne były niedzielne nieszpory i koronka do Bożego Miłosierdzia. Umarł w niedzielę o godzinie 15. Pamiętam też swoje umieranie. Jako uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej zostałem potrącony przez samochód. Do dziś mam ślady po szyciu na głowie. W seminarium przeżyłem zatrucie tlenkiem węgla i śmierć kliniczną. Było pytanie: dlaczego żyję? Nie zastanawiałem się, szybko stało się to czymś normalnym. Pamiętam jednak, że zatrułem się o godzinie 8, a na toksykologię do szpitala trafiłem o godzinie 14. Kiedy się ocknąłem, pani doktor zmierzyła mi ciśnienie i wyszło jej 280 na 210. I zapytała: co w takim razie było o godzinie 8 rano? Potem sprawdziła mi kreatyninę we krwi. I okazało się, że jest na granicy życia i śmierci. I zapytała: co było rano i dlaczego nie straciłem pamięci. Te pytania uświadomiły mi, że w moim życiu zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Często powtarza ksiądz, że umierający widzą więcej. Co ksiądz widział przez tych kilka godzin? Takie rzeczy, o których mówi się przy śmierci klinicznej. Tunel, przez który szedłem, światło na końcu. Było jasne i nie oślepiało. Miało w sobie coś przyciągającego. Miałem świadomość tego, co zostaje za mną. Rodzina, z której wyrosłem. Książki, które lubiłem. I wiedziałem, że ta rzeczywistość, do której idę, przekracza to wszystko, co do tej pory znałem. Żal było zawracać z tej drogi? To było jakby poza mną. To nie jest pytanie do mnie. Ja się nagle obudziłem. Foto: Archidiecezja Krakowska Pacjenci krakowskiego hospicjum podczas mszy "Pamiętam tunel, przez który szedłem, światło na końcu. Było jasne i nie oślepiało" Czym dla księdza jest śmierć? Wydaje mi się, że w ogóle śmierci nie ma. Śmierć to pojęcie dla ludzi, którzy w jakiś sposób chcą określić koniec życia człowieka. Ale tak naprawdę jest nie śmierć, a przejście. Boi się ksiądz swojej śmierci? Z jednej strony wydaje mi się, że się nie boję, bo już ją przeżywałem. Jestem jakoś przeświadczony o tym, że jest to pozytywne doświadczenie. Zdaję sobie jednak sprawę, że w każdym z nas jest lęk przed śmiercią. Więc jak przyjdzie już czas na odejście, to mnie też może dotknąć lęk. Łatwiej jest osobie duchownej zrozumieć i zaakceptować śmierć? Zrozumieć powinno być łatwiej. Zaakceptować już niekoniecznie. Może jako księża więcej o śmierci czytaliśmy, więcej słyszeliśmy, ja w hospicjum więcej widziałem. Jesteśmy jednak tylko ludźmi. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego Pan Bóg w Piśmie Świętym nie powiedział, jak będzie wyglądać niebo. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego okrył tajemnicą dzień naszego przejścia. Nie znam odpowiedzi na wiele pytań. A pacjenci hospicjum pytają. Pytają. Umierała tutaj młoda kobieta. I mówi do mnie: "proszę mi powiedzieć, co Pismo Święte i Kościół mówią na temat śmierci i tego co mnie czeka, co ksiądz dowiedział się o śmierci tu w hospicjum i czy ma ksiądz jakieś osobiste doświadczenie". Trzy konkretne pytania. Wiedziała, o co chce zapytać. Młodzi ludzie zadają najbardziej radykalne pytania wobec swojej śmierci, wobec swojego cierpienia. Dużo bardziej niż ludzie starsi, młodzi nie uciekają od śmierci. Młodzi pytają księdza, a ksiądz pyta Boga, dlaczego zabiera młodych rodziców, małżonków, studentów, nastolatków. Jeśli chodzi o cierpienie i odchodzenie tych ludzi, chyba nie zadaję Pan Bogu takich pytań. Bardziej pytam: "czego chcesz przy tym ode mnie albo jak chcesz, abym pomógł". Odpowiada? Jeżeli człowiek mu zaufa i zaczyna go słuchać, to odpowiada. Czasami odpowie ciszą. A czasami np. czytając Ewangelię – wtedy widzę, że to konkretne zdanie z niej jest odpowiedzią na moje pytanie, które zadawałem. Mimo wszystko, patrząc na odchodzenie młodego rodzica i małżonka, musi być ciężko. Każde odchodzenie jest trudne. Szczególnie jak wokoło są ludzie, którzy na tego człowieka liczyli, mieli z nim związane plany i nadzieje. I obojętnie, czy jest to rodzic, czy dziecko, takie odchodzenie jest trudne. Byłem pożegnać pewnego młodego człowieka w domu. Przy łóżku była jego mama i żona, która trzymała na rękach ich dziecko. I mama pyta się mnie: czy Bóg istnieje? Z drugiej strony żona mówi mi, że jest wdzięczna za te trzy lata bycia razem. Mama, która nie może się pogodzić, i żona, która jest wdzięczna. Kompletna różnica. Cierpienie zmienia? Pamiętam młodą dziewczynę umierającą u nas. Była farmaceutką z wykształcenia. Opisywała, jak odczuwa chemię. Mówiła mi, że żyły ją pieką od środka. Pytała, co zrobić, aby nie cierpieć. A potem w obliczu zbliżającej się śmierci nastąpiła kompletna przemiana i pytała, czy ona może za kogoś ofiarować cierpienie. To są rzeczy, które mocno we mnie zostają. "Dziewczyna złożyła przysięgę wobec umierającego chłopaka" Jak reagują rodziny, patrząc na cierpienie bliskich? Wychodzą od momentu, że nie chcą oddać bliskiego śmierci. Nie chcą, aby Pan Bóg go zabrał. Aż w pewnym momencie mówią: ja już nie chcę, aby on cierpiał, niech już odejdzie. Powiem konkretniej. Kiedy trafia do hospicjum pacjent, jego rodzina na początku zamawia msze w intencji uzdrowienia. Musi upłynąć trochę czasu, zanim poproszą o mszę w intencji wypełnienia się woli bożej albo dobrej śmierci. Przestają uciekać od śmierci, a zaczynają w niej uczestniczyć. Można oswoić się ze śmiercią? Nie. Płacze czasem ksiądz? Gdzieś mi się oczy zaszklą, jak opowiadam o sytuacjach, które przeżyłem. Ale chyba nie płaczę. Nawet kiedy młodzi ludzie biorą ślub w hospicjum? Kiedyś błogosławiłem takie małżeństwo. To byli studenci. Chłopak studiował w Krakowie na Akademii Muzycznej. Kiedy się rozchorował, przyjechała opiekować się nim jego dziewczyna, która studiowała w Warszawie. Na kilka dni przed jego śmiercią zawarli sakrament małżeński. Dziewczyna złożyła przysięgę wobec umierającego chłopaka. Narzeczony, który nie potrafił już mówić, słowa przysięgi pisał ręcznie. To robi wrażenie, nie da się przejść obojętnie wobec czegoś takiego. Pamiętam, jak po uroczystości podeszli do mnie ojcowie młodych i zapytali: po co im to? Dla najbliższych tych młodych ludzi to było coś niezrozumiałego. Jednak ta dziewczyna i ten chłopak wiedzieli, że za chwilę będą musieli się pożegnać. Czas ich rozstania się zbliżał. Chcieli jednak na przekór wszystkim, żeby Pan Bóg połączył ich w ostatnich dniach życia tego młodego mężczyzny. To ma sens? Myślę, że tak. Gdybym przez te blisko 19 lat miał oczy zamknięte na te małe cuda, to pewnie by mnie tutaj nie było. Foto: Archidiecezja Krakowska Ksiądz Adam Trzaska podczas mszy w krakowskim hospicjum "Bóg pozwala chyba człowiekowi trochę tym czasem jednak rządzić i kierować" Umierający wiedzą więcej? Tak. W pamięci zapadła mi kobieta, która była u nas kilka lat temu. Była bardzo pobożna i radosna w tych ostatnich dniach swego życia. Cierpiała na zanik mięśni. Kiedy umierała, jej sąsiadka zawołała pielęgniarkę i zapytała: czy ta zakonnica, co przyszła po tę kobietę, jest jeszcze, czy już poszła? Pielęgniarka powiedziała, że już poszła. Na co ta kobieta odpowiedziała: "Po mnie też przyjdzie. Obiecała mi to i przeprowadzi mnie przez tę kamienistą drogę". Długo to zdanie we mnie siedziało, aż przyszła Wielkanoc i w jednym z hymnów w brewiarzu jest mowa o kamienistej drodze życia, przez którą przeprowadza Chrystus. Jak to się stało, że osoba, która nigdy nie odprawiała brewiarza, mówi zdaniami, które są w modlitwie brewiarzowej? Umierający przeczuwają, że odchodzą? Chyba niektórzy wiedzą. Z jednej strony ludzie przebywający w hospicjum potrafią na kogoś czekać. I mimo że z medycznego punktu widzenia śmierć powinna nastąpić już, to moment odejścia przedłuża się. Bo np. ma dolecieć córka czy syn z Kanady. To trwa. Pamiętam taką panią, która czekała na córkę. Dopiero jak przyleciała w sobotę, to ta czekająca kobieta poszła do spowiedzi. Wcześniej nie chciała. Potem w niedzielę razem były na mszy, a później kobieta zmarła. Kolejny znak? Pan Bóg pozwala chyba człowiekowi trochę tym czasem jednak rządzić i kierować. Człowiek czuje, że odchodzi i nie chce zadawać tym widokiem cierpienia bliskiej osobie. Pamiętam taką sytuację, że żona cały czas czuwała przy mężu, przez kilka dni. Kiedyś wyszła tylko na chwilę na korytarz, aby odebrać telefon i wtedy mężczyzna zmarł. Był u nas żołnierz AK, pseudonim Bimber. Podobno na cześć jego taty, który pędził ten trunek. W pierwszy piątek miesiąca "Bimber" poprosił, aby go zabrać na mszę. Kiedy do niego podszedłem z komunią świętą, on chwycił moją rękę i na cały głos powiedział: wierzę, wierzę, że to jest moje życie. Przyjął komunię, msza się skończyła. Potem mężczyzna poprosił jeszcze, aby zabrać go na papierosa. Wrócił z niego, położył się na łóżko i umarł. To są takie historie, które można u nas zobaczyć. Wyznanie wiary człowieka, ostatnia radość w postaci papierosa i odejście z tego świata. Jak rozmawiać z ludźmi, którzy są u kresu drogi? Po pierwsze – pozwolić im rozmawiać o tym, o czym oni chcą. Hospicjum jest miejscem, gdzie o śmierci się mówi, informuje pacjenta i jego bliskich, że koniec się zbliża. Ale czasami człowiek chory chce też uciec od tematu śmierci i też do tego ma prawo i na to trzeba mu pozwolić. Są sytuacje bardzo wymagające, kiedy trzeba przygotować bliskich chorego na moment śmierci, który dla nich może być bardzo trudny. Na przykład może wystąpić krwotok. Ostrzegamy wtedy rodzinę, jak to może wyglądać, przygotowujemy ich. "Ludzie najczęściej odchodzą w nocy" Czego najbardziej boją się umierający? Myślę, że trzech rzeczy. Po pierwsze cierpienia. Nie wiedzą, czy są w stanie je unieść. Po drugie pewnej nieznanej. Nie wiedzą, gdzie idą. I po trzecie – samotności. Tego, że w momencie przejścia mogą zostać sami. Dużo jest samotności w hospicjum? Jesteśmy tu po to, by człowiek odchodzący nie był sam. Także po to, by bliscy chorego nie czuli się pozostawieni sami z tym, co dla nich w umieraniu bliskich niewątpliwie jest trudne. Ale i tak tej samotności jest sporo. Choćby przez to, że chyba większość ludzi umiera w nocy. Ostatnio umierał u nas człowiek. Osoby, które dyżurowały, usłyszały nagle, jak krzyczy: "Boże ratuj!" Poszły szybko do jego pokoju i usłyszały: "kacie kończ, coś zaczął". Chwilę po tych słowach zmarł. Czy on umierał w samotności? Czasem, zanim dojdzie u pacjenta do akceptacji śmierci, musi minąć trochę czasu. Można się jednak do śmierci świadomie przygotować. Tutaj w hospicjum niewątpliwie jest ku temu okazja. Kiedy patrzy się, jak pacjenci robią podsumowanie swojego życia, to człowiek sam sobie zaczyna zadawać pytania. Patrzy na swoje relacje z bliskimi, na pracowitość, czy jest jej za dużo, czy za mało, jak wykorzystuje czas, który jest mu dany. Czego najbardziej ludzie żałują na końcu drogi? Czegoś, czego nie przeżyli. Czegoś, czego nie zrobili. Żałują, że nie potrafili być na tyle silni, żeby powiedzieć komuś słowo przepraszam czy kocham. Wiele jest rzeczy, których można żałować. A o czym marzą? O przeróżnych rzeczach. O koncercie jazzowym, o odwiedzeniu swoich rodzinnych stron. O zobaczeniu ukochanego psa czy kota. Ostatnio, o czym było dość głośno w mediach, znajomi zorganizowali młodej dziewczynie lot nad Tatrami. Lubiła chodzić po górach, ale choroba uniemożliwiła jej to. Takie proste rzeczy. Nam się to w głowie nie mieści, ale czasem wystarczy kogoś na wózku zabrać na pobliski plac Bieńczycki, żeby jeszcze raz mógł wyjechać z hospicjum i popatrzeć na świat. Ksiądz, który był u nas niedawno, poprosił, by mógł pojechać do siebie na plebanię. Gdy wracał do tego swojego domu, zapragnął zatrzymać się na konkretnej polanie w lesie, w parafii, w której pracował. Miał takie swoje ulubione miejsce. Popatrzył na przyrodę i na ten świat. Potem pozwolił się odwieźć na plebanię i tam zmarł. Tego samego dnia. Taki ostatni przystanek w ulubionym miejscu przed drogą do wieczności. Ksiądz, który był tutaj dwa lata temu, odprawiał ze mną mszę w sylwestra o godzinie 15. Był misjonarzem na Dominikanie. Marzył, aby tam wrócić i umrzeć. I umarł u nas o godzinie 6 w Nowy Rok. Wtedy, kiedy na Dominikanie wybiła północ. Jest jakiś wspólny element, który łączy te wszystkie odejścia? Wspólnym elementem jest wiara, że po każdego przychodzi dobry Bóg, który jest ogromnie miłosierny. On bierze ludzkie życie w swoje dłonie z ogromnym szacunkiem i je dopełnia. Foto: Archidiecezja Krakowska Ksiądz Adam Trzaska podczas mszy w krakowskim hospicjum "Raz Bóg dał mi cud, aby pokazać, że to, co tutaj robię, ma sens" Ksiądz mówi o dobrym Bogu, ale nie każdy w niego wierzy. Też są takie osoby u nas. I dla nich również jestem pełen szacunku. Ja jednak wiem, że Bóg i na nich czeka. Mogę tylko zadać sobie pytanie, jak będzie wyglądać to ich spotkanie. Jak bardzo będą zaskoczeni tym, że Bóg istnieje. I ten moment, kiedy spotkają się z jego dobrocią. Po ludzku, nie czuje ksiądz żalu, że nie jest w stanie ich przekonać do tego, że ktoś czeka po drugiej stronie? Nie. Mogę czuć bezradność , ale nie żal. Czego uczą księdza osoby niewierzące? Tego, że są rzeczy, przy których ja jestem za mały. Są takie sprawy, które mnie przerastają. Nauczyłem się też pokory i tego, że ktoś może nie chcieć pomocy czy rozmowy i ma do tego prawo. Nigdy się nie narzucam. Jeśli ktoś nie chce ze mną rozmawiać, nie naciskam. Szanuję jego wolę. To najważniejsze. Był u nas taki człowiek, który obserwował mnie przez kilka dni. W końcu sam mnie zaczepił i zapytał, czy mogę przyjść, kiedy jego bliscy pójdą już do domu. Kiedy się spotkaliśmy, zaczął mi opowiadać o swoim życiu. Nie po to, aby się nawrócić, ale żeby o nim opowiedzieć. Chciał pokazać swoje patrzenie na świat. Jakie najczęściej rzeczy ludzie zabierają ze sobą do hospicjum? Swój kubek, swoje przybory toaletowe. Swoje ubranie. Mnie chyba najbardziej boli wewnętrznie widok tych ubrań. To znaczy jak nie chcą oddać bliskim kurtki, butów... Ja sobie zdaję sprawę, że im się to już nie przyda, ale oni obok siebie to trzymają. Jest im to jeszcze w jakiś sposób potrzebne. Dlaczego księdza to tak boli? Bo widzę, jakby nie do końca jeszcze dopuszczali do siebie myśli, że rzeczywiście zbliżają się do śmierci. Jeszcze chcą stąd wyjść. Jeszcze się ze sobą nie pogodzili, z tym, że to jest ostatni odcinek ich życia. Kiedy patrzy ksiądz na to wszystko, to skąd czerpie nadzieję? Z Chrystusa, z Ewangelii. Z tych słów z Ewangelii o Łazarzu. On jest i woła Cię. To jest dla mnie źródło największej nadziei. To, że on jest i woła człowieka i mnie też kiedyś zawoła. I ja za tym słowem pójdę. Jest tutaj ksiądz blisko 19 lat. Nie ma ksiądz poczucia, że się zasiedział? Jak pan słucha tych historii, o których rozmawiamy, to widać, że każda jest inna. Więc nie da się zasiedzieć. Każdy człowiek potrafi zaskoczyć. Jestem wdzięczny Bogu za to, czego pozwala mi tutaj doświadczyć. Był moment zwątpienia? Chyba nie. Ani w pracy, ani w wierze. Dzięki Bogu – nie. Myślę, że to są trudne momenty w życiu. Tak czasami myślę o świętych, którzy doświadczyli ciemnych nocy. Mam wrażenie, że raz Bóg dał mi cud, aby pokazać, że to, co tutaj robię, ma sens. Jaki cud? Człowiek był w agonii. Jego rodzina prosiła mnie, żebym go namaścił. Nie chciałem tego zrobić, ponieważ ten mężczyzna wcześniej opierał się przyjęciu sakramentów. Szanowałem jego wolę. Jednak wtedy jego rodzina opowiedziała mi historię, którą on sam wstydził mi się opowiedzieć. Jako mały chłopiec nie poszedł do pierwszej komunii, bo wtedy jego rodzice się rozwiedli. Nigdy nie był u spowiedzi, nigdy nie przyjął komunii świętej, nie był bierzmowany. Potem razem z rodziną się modliłem, udzieliłem mu sakramentu namaszczenia chorych. Lekarze powiedzieli mi, że temu człowiekowi zostały godziny, a nie dni. To była już agonia. Przyszedłem następnego dnia, a ten człowiek leżał bardzo spokojnie. Niebawem odzyskał świadomość. Poszedł do pierwszej spowiedzi, przyjął komunię, przystąpił do bierzmowania. Zaczął uczyć się na nowo chodzić i wyszedł od nas. Wcześniej był w agonii, ale nie zrobił ostatniego kroku, tylko się cofnął. To był cud, którego doświadczyłem. To był znak dla mnie, że to, co tu robię, ma sens. Jak nie zatracić wiary w takim miejscu? Wiara polega na tym, że ja mogę zobaczyć więcej, niż ci, którzy tej wiary nie mają. Oni nie chcą widzieć i wtedy nie dostrzegają tego, co tutaj w hospicjum się dzieje. Powiedzą, że przypadek, zbieg okoliczności. Nie odbierają tego w kategoriach wiary. A wiara pozwala mi zobaczyć, że w tym był Bóg. Że w tym danym momencie on mi się jakoś objawił. Na tym to chyba polega. Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: @
ROZDZIAŁ SIÓDMY Dlaczego możemy wierzyć w zmartwychwstanie? Skąd wiemy, że Jehowa pragnie wskrzesić umarłych? Kto powstanie z martwych? 1-3. Jaki wróg ściga nas wszystkich i dlaczego rozważenie nauk biblijnych przynosi ulgę? WYOBRAŹ sobie, że uciekasz przed bezwzględnym przestępcą. Jest od ciebie znacznie silniejszy i szybszy. Wiesz, że nie ma litości, bo zabił już kilku twoich przyjaciół. Ze wszystkich sił próbujesz mu uciec, ale widzisz, że cię dogania. Sytuacja wygląda beznadziejnie. Nagle pojawia się ktoś, kto chce cię wyratować. Ma przewagę nad twym przeciwnikiem i obiecuje ci pomóc. Czy nie poczułbyś ogromnej ulgi? 2 W pewnym sensie naprawdę uciekasz przed takim wrogiem. Ściga on każdego z nas. Z poprzedniego rozdziału dowiedzieliśmy się, że Biblia nazywa nieprzyjacielem śmierć. Nikt nie może przed nią uciec ani jej pokonać. Większość z nas widziała, jak ten przeciwnik odbiera życie komuś z naszych najbliższych. Ale Jehowa jest nieporównanie potężniejszy niż śmierć. Jest kochającym Wybawcą, który już pokazał, że potrafi pokonać tego wroga. Co więcej, obiecuje zniszczyć go raz na zawsze. Biblia uczy: „Jako ostatni nieprzyjaciel ma zostać unicestwiona śmierć” (1 Koryntian 15:26). Czyż to nie wspaniała nowina? 3 Rozważmy najpierw krótko, jak odbijają się na nas ataki tego wroga. Dzięki temu łatwiej nam będzie docenić pewną uszczęśliwiającą obietnicę Jehowy. Otóż przyrzekł On, że umarli będą znowu żyć (Izajasza 26:19). Zostaną wskrzeszeni. Nasi zmarli bliscy mają więc nadzieję na zmartwychwstanie! GDY ŚMIERĆ ZABIERA KOGOŚ BLISKIEGO 4. (a) Dlaczego reakcja Jezusa na śmierć bliskiej osoby może nam dużo powiedzieć o uczuciach Jehowy? (b) Z kim Jezus blisko się zaprzyjaźnił? 4 Czy śmierć zabrała ci kogoś bliskiego? Smutek i bezsilność wydają się wtedy nie do zniesienia. Warto w takiej chwili szukać pociechy w Słowie Bożym (2 Koryntian 1:3, 4). Biblia uświadamia nam, jakie uczucia budzi śmierć w Jehowie i Jezusie. Jezus, będący doskonałym odbiciem swego Ojca, znał ból wywołany utratą bliskiej osoby (Jana 14:9). Kiedy przebywał w Jerozolimie, zwykle odwiedzał w niedalekiej Betanii Łazarza i jego siostry, Marię i Martę. Serdecznie się z nimi zaprzyjaźnił. Biblia mówi: „Jezus miłował Martę oraz jej siostrę i Łazarza” (Jana 11:5). Ale jak się dowiedzieliśmy z poprzedniego rozdziału, Łazarz umarł. 5, 6. (a) Jak zachował się Jezus, gdy spotkał zasmuconych krewnych i przyjaciół Łazarza? (b) Dlaczego smutek Jezusa nas pokrzepia? 5 Jak Jezus zareagował na śmierć przyjaciela? Biblia podaje, że gdy przyszedł do zasmuconych krewnych i przyjaciół Łazarza, na ich widok do głębi się wzruszył. „Westchnął w duchu i się strapił”. Potem, jak czytamy, „począł ronić łzy” (Jana 11:33, 35). Czyżby więc nie miał nadziei? Skądże! Wiedział, że zaraz zdarzy się coś wspaniałego (Jana 11:3, 4). Mimo to odczuwał smutek i ból nieodłącznie związany ze śmiercią. 6 Smutek Jezusa w pewnym sensie nas pokrzepia. Mówi nam, że i Jezus, i jego Ojciec, Jehowa, nienawidzą śmierci. Na szczęście Jehowa Bóg jest w stanie stoczyć walkę z tym wrogiem i go pokonać! Zobaczmy teraz, jaką mocą obdarzył Jezusa. „ŁAZARZU, WYJDŹ!” 7, 8. Dlaczego mogło się wydawać, że dla Łazarza nie ma już nadziei, i co uczynił Jezus? 7 Łazarz został pochowany w jaskini. Jezus poprosił, by odsunięto kamień zamykający wejście. Marta zaprotestowała, bo prawie po czterech dniach ciało Łazarza zapewne zaczęło się rozkładać (Jana 11:39). Czy z ludzkiego punktu widzenia można było mieć jeszcze jakąś nadzieję? Gdy zmartwychwstał Łazarz, zapanowała wielka radość (Jana 11:38-44) 8 Gdy odtoczono kamień, Jezus głośno zawołał: „Łazarzu, wyjdź!” I co się stało? „Zmarły wyszedł” (Jana 11:43, 44). Czy potrafisz sobie wyobrazić, co przeżywali wszyscy, którzy na to patrzyli? Wiedzieli przecież, że Łazarz umarł. A oto teraz ten drogi im człowiek — brat, krewny, przyjaciel i sąsiad — stał wśród nich żywy. Mogło to wydawać się zbyt piękne, aby było prawdziwe. Rozradowani, niewątpliwie brali Łazarza w objęcia. Byli świadkami nadzwyczajnego zwycięstwa nad śmiercią! 9, 10. (a) Jak Jezus zwrócił uwagę na to, czyją mocą przywrócił życie Łazarzowi? (b) Jakie korzyści przynosi czytanie biblijnych opisów wskrzeszenia umarłych? 9 Za ten zdumiewający cud Jezus nie przypisał zasług sobie. Zanim zawołał Łazarza, pomodlił się do Jehowy i wyraźnie powiedział, że to On jest Źródłem mocy potrzebnej do wskrzeszania umarłych (Jana 11:41, 42). Ale Jehowa użył jej nie tylko w tej sytuacji. Wskrzeszenie Łazarza to jeden z dziewięciu tego rodzaju cudów przedstawionych w Słowie Bożym.* Czytanie i analizowanie tych relacji może być bardzo pokrzepiające. Pokazują one, że Bóg nie jest stronniczy, gdyż wskrzesił osoby młode i stare, mężczyzn i kobiety, Izraelitów i nie-Izraelitów. Poza tym opisy te tchną niezwykłą radością. Na przykład gdy Jezus przywrócił życie pewnej dziewczynce, jej rodziców ‛ogarnął wielki zachwyt’ (Marka 5:42). Jehowa faktycznie dał im powód do radości, którego nigdy nie zapomnieli. 10 Oczywiście osoby wskrzeszone przez Jezusa z czasem znowu umarły. Czy to jednak znaczy, że przywrócenie im życia nie miało sensu? Wprost przeciwnie. Biblijne relacje o tych wydarzeniach potwierdzają ważne prawdy oraz dają nam podstawę do nadziei. CZEGO UCZYMY SIĘ Z TEGO, CO BIBLIA MÓWI O ZMARTWYCHWSTANIU 11. Jak opis wskrzeszenia Łazarza potwierdza prawdę z Księgi Kaznodziei 9:5? 11 Biblia podaje, że „umarli nie są świadomi niczego”. Nie żyją i nie wiodą nigdzie świadomej egzystencji. Potwierdza to relacja o Łazarzu. Czy wskrzeszony Łazarz opowiadał o niebie? A może straszył słuchaczy wstrząsającymi opowieściami o ognistym piekle? Według Biblii nic takiego nie mówił. W ciągu tych czterech dni, gdy nie żył, ‛nie był świadomy niczego’ (Kaznodziei 9:5). Był jak gdyby pogrążony we śnie (Jana 11:11). 12. Skąd możemy mieć pewność, że Łazarz naprawdę został wskrzeszony? 12 Historia Łazarza uczy nas też, że zmartwychwstanie to niezaprzeczalny fakt, nie jakiś mit. Jezus wskrzesił Łazarza na oczach tłumu świadków. Cudu tego nie kwestionowali nawet przywódcy religijni, którzy nienawidzili Jezusa. Mówili: „Co mamy uczynić, skoro ten człowiek dokonuje wielu znaków?” (Jana 11:47). Mnóstwo ludzi przychodziło zobaczyć zmartwychwstałego mężczyznę. W rezultacie jeszcze więcej osób uwierzyło w Jezusa. Łazarz był dla nich żywym dowodem, że Jezus został posłany przez Boga — dowodem tak wymownym, że niektórzy spośród zatwardziałych żydowskich przywódców religijnych postanowili zabić i Jezusa, i Łazarza (Jana 11:53; 12:9-11). 13. Jakie mamy podstawy, by wierzyć, że Jehowa rzeczywiście może wskrzesić umarłych? 13 A czy rozsądna jest wiara w przyszłe zmartwychwstanie? Oczywiście, sam Jezus uczył, że kiedyś zostaną wskrzeszeni wszyscy znajdujący się „w grobowcach pamięci” (Jana 5:28). Jehowa stworzył wszelkie formy życia. Czy trudno uwierzyć, że jest też w stanie to życie odtworzyć? Rzecz jasna dużo zależy od Jego pamięci. Czy to możliwe, by pamiętał naszych bliskich, którzy umarli? Pomyślmy: Wszechświat jest pełen niezliczonych bilionów gwiazd, a przecież Bóg „wszystkie je woła po imieniu”! (Izajasza 40:26). W takim razie potrafi również zapamiętać każdy szczegół związany ze zmarłymi ludźmi i przywrócić im życie. 14, 15. Jak według wypowiedzi Hioba Jehowa zapatruje się na wskrzeszanie umarłych? 14 Biblia uczy, że Jehowa bardzo pragnie wskrzesić umarłych. Skąd o tym wiemy? Wierny Hiob spytał: „Jeśli krzepki mąż umrze, czyż może znowu żyć?” Mówił, że będzie czekał w grobie, aż nadejdzie pora, by Bóg sobie o nim przypomniał. Powiedział do Niego: „Ty zawołasz, a ja ci odpowiem. Zatęsknisz za dziełem swych rąk” (Hioba 14:13-15). 15 A zatem Jehowa tęskni do tego, by wskrzesić umarłych! Czyż nie podnosi nas to na duchu? Zajmijmy się więc teraz tym przyszłym zmartwychwstaniem. Kto z niego skorzysta? I kiedy do tego dojdzie? „WSZYSCY W GROBOWCACH PAMIĘCI” 16. W jakich warunkach będą mogli żyć wskrzeszeni z martwych? 16 Z biblijnych doniesień o wskrzeszeniu pewnych ludzi dużo dowiadujemy się o zmartwychwstaniu, które dopiero nastąpi. Tamci ludzie wrócili do swych bliskich. Podobne, ale znacznie wspanialsze skutki będzie mieć przyszłe zmartwychwstanie. W 3 rozdziale tego podręcznika czytaliśmy, że zgodnie z zamierzeniem Bożym cała ziemia ma zostać przekształcona w raj. A więc wskrzeszone osoby nie będą musiały żyć w świecie pełnym wojen, przestępczości i chorób. Uzyskają sposobność życia wiecznego na ziemi w szczęściu i spokoju. 17. Jaki zasięg będzie miało zmartwychwstanie? 17 Kto powstanie z martwych? Jezus wspomniał, że „wszyscy w grobowcach pamięci usłyszą jego głos i wyjdą” (Jana 5:28, 29). Podobnie w Księdze Objawienia 20:13 powiedziano: „Wydało morze umarłych, którzy się w nim znajdowali, i śmierć, i Hades wydały umarłych, którzy się w nich znajdowali”. Słowo „Hades” odnosi się do grobu ludzkości (zobacz „Materiał dodatkowy: Czym jest Szeol i Hades?”). Ten wspólny grób zostanie opróżniony. Miliardy spoczywających w nim ludzi powróci do życia. Apostoł Paweł oznajmił: „Nastąpi zmartwychwstanie zarówno prawych, jak i nieprawych” (Dzieje 24:15). Co to oznacza? W raju umarli powstaną do życia i znów będą się cieszyć towarzystwem swych bliskich 18. Kto należy do „prawych”, którzy mają być wskrzeszeni, i jak nadzieja na zmartwychwstanie może na nas wpłynąć? 18 Do „prawych” należy liczne grono osób, o których czytamy w Biblii i które żyły przed przyjściem Jezusa na ziemię. Można wymienić wśród nich Noego, Abrahama, Sarę, Mojżesza, Rut i Esterę oraz wielu, wielu innych. O niektórych tych wiernych ludziach mówi 11 rozdział Listu do Hebrajczyków. Ale do „prawych” zaliczają się także słudzy Jehowy zmarli w naszych czasach. Nadzieja na zmartwychwstanie może nas więc wyzwolić ze strachu przed śmiercią (Hebrajczyków 2:15). 19. Kim są „nieprawi” i jaką cudowną sposobność da im Jehowa? 19 A co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy nie służyli Jehowie i nie byli Mu posłuszni, ponieważ nigdy o Nim nie słyszeli? Miliardy tych „nieprawych” nie jest skazanych na zapomnienie. Również oni powstaną z martwych — w okresie, który potrwa tysiąc lat. Będą wtedy mieli czas poznać prawdziwego Boga i zacząć oddawać Mu cześć razem z Jego wiernymi ziemskimi sługami. Ten cudowny okres Biblia nazywa Dniem Sądu.* 20. Co to jest Gehenna i kto do niej trafia? 20 Czy to znaczy, że wskrzeszony zostanie każdy człowiek, który żył na ziemi? Nie. W Biblii wyjaśniono, że część zmarłych znajduje się w „Gehennie” (Łukasza 12:5). Nazwa ta wzięła się od wysypiska śmieci położonego poza murami starożytnej Jerozolimy. Palono tam śmieci i zwłoki. Zmarli, których ciała tam rzucano, byli uważani przez Żydów za niegodnych pogrzebu i zmartwychwstania. Tak więc Gehenna jest trafnym symbolem wiecznej zagłady. W sądzeniu żywych i umarłych ważną rolę odegra Jezus, ale ostatecznym Sędzią jest Jehowa (Dzieje 10:42). Nigdy nie wskrzesi tych, których uzna za niepoprawnych niegodziwców. ZMARTWYCHWSTANIE DO ŻYCIA W NIEBIE 21, 22. (a) O jakim jeszcze zmartwychwstaniu wspomina Biblia? (b) Kto pierwszy zmartwychwstał do życia duchowego? 21 Biblia wspomina jeszcze o zmartwychwstaniu innego rodzaju — do duchowego życia w niebie. Zawiera tylko jeden opis takiego wskrzeszenia. Chodzi o wskrzeszenie Jezusa Chrystusa. 22 Kiedy Jezusowi odebrano człowiecze życie, Jehowa nie pozwolił, by ten lojalny Syn pozostał w grobie (Psalm 16:10; Dzieje 13:34, 35). Wskrzesił go, lecz nie w postaci ludzkiej. Apostoł Piotr wyjaśnił, że Chrystus „uśmiercony został w ciele, ale ożywiony w duchu” (1 Piotra 3:18). Był to rzeczywiście zadziwiający cud. Jezus ożył jako potężna istota duchowa! (1 Koryntian 15:3-6). Był pierwszym, który dostąpił tego zaszczytnego zmartwychwstania (Jana 3:13). Pierwszym, ale nie ostatnim. 23, 24. Kto tworzy „małą trzódkę” Jezusa i z ilu osób ma się składać ta grupa? 23 Jezus, wiedząc, że już wkrótce wróci do nieba, obiecał swym wiernym naśladowcom, iż ‛przygotuje tam dla nich miejsce’ (Jana 14:2). Idących do nieba nazwał „małą trzódką” (Łukasza 12:32). Z ilu osób miała się składać ta stosunkowo nieliczna grupa? Jak czytamy w Księdze Objawienia 14:1, apostoł Jan ujrzał Baranka, czyli Jezusa Chrystusa, stojącego na górze Syjon, „a z nim sto czterdzieści cztery tysiące mających napisane na swych czołach jego imię i imię jego Ojca”. 24 Tych 144 000 chrześcijan — do których należą między innymi wierni apostołowie Jezusa — miało powstać z martwych do życia w niebie. Kiedy? Apostoł Paweł wyjaśnił, że nastąpi to w czasie obecności Chrystusa (1 Koryntian 15:23). W tym okresie właśnie żyjemy, co szerzej omówimy w 9 rozdziale tej książki. Dzisiaj więc, gdy nieliczni pozostali ze 144 000 umierają, są od razu wskrzeszani do życia niebiańskiego (1 Koryntian 15:51-55). Natomiast ogromna większość ludzi ma widoki na zmartwychwstanie do życia w przyszłym raju na ziemi. 25. Co omówimy w następnym rozdziale? 25 Jehowa raz na zawsze pokona naszego wroga, jakim jest śmierć! (Izajasza 25:8). Ale może się zastanawiasz: „Co będą robić ci, którzy powstaną z martwych do życia w niebie?” Otóż wejdą w skład niezwykłego niebiańskiego rządu — Królestwa Bożego. Więcej o tym rządzie dowiemy się z następnego rozdziału.
( J 1, 38) Bracia i ojcowie, chciałbym zacząć od podziękowań, w imieniu własnym i licznych wierzących, dla was za posługę, którą pełnicie dla dobra ludu Bożego. Dziękuję za to, że pokazujecie nam, jak zanurzać serce w Ewangelii, odkładając w tych dniach wszystko inne na bok, by słuchać naszego Mistrza. Pewne żydowskie powiedzenie mówi, że na początku Bóg stworzył znak zapytania i umieścił go w sercu człowieka. Obraz znajdujący się na początku broszury wprowadzającej do naszych rekolekcji, naczynie z wonną oliwą w rękach kobiety, naprawdę jest symbolem pytania: szczelne naczynie niczym zamknięta szkatułka, które trzeba kochać i ostrożnie otwierać. Pytania zawierają skarby, otwierają przed nami objawienie. Co roku papież Franciszek na kilka dni porzuca obowiązki nauczyciela, aby stać się uczniem i razem ze swoimi współpracownikami słuchać rekolekcji. Po raz kolejny Wydawnictwo WAM prezentuje duchowe rozważania, które przygotowywały papieża do Wielkiego Postu oraz najważniejszych chrześcijańskich świąt Wielkiej Nocy. Ermes Ronchi, znany włoski kaznodzieja, którego w Aricci słuchał Ojciec Święty, zamiast udzielać gotowych odpowiedzi, raczej zadaje pytania. Mówiąc ściśle - przypomina zbawcze pytania Jezusa Chrystusa, których jesteśmy adresatami. W ciągu kilku najbliższych dni, które spędzimy razem, proponuję zatrzymać się i wsłuchać w Boga zadającego pytania. Przestać Mu zadawać pytania i pozwolić, aby to On nam je zadawał. I zamiast w biegu poszukiwać odpowiedzi, zatrzymajmy się, aby dobrze przeżyć pytania. Nagie pytania Ewangelii. Pokochać pytania, już same w sobie są objawieniem. Zastanawiamy się, jak spotkać Pana. Pozwólmy, aby to On wszedł w relację z nami poprzez swoje pytania, które przynoszą w życiu zarówno pocieszenie, jak i strapienie. Pytanie cię rozbraja, a potem czyni cię głównym bohaterem, jak żadna inna forma dialogu, stajesz się wolnym uczestnikiem dialogu, którego wynik pozostaje otwarty. Kształt znaku zapytania przypomina haczyk na ryby, który Ewangelia zarzuca w nas, aby nas złapać, przyciągnąć ku sobie, aby nas „złowić” i niczym pisciculi Domini (Tertulian) wyciągnąć na powietrze ku światłu, ku nawróceniu. Kształt pytajnika przypomina również szpon orła, który cię chwyta, zabiera ze sobą i już nigdy cię nie wypuści. Przypiera cię do muru. Podobnie dzieje się z prawdą: nigdy nie możesz jej posiąść, ale możesz pozwolić, aby ona posiadła ciebie. Pierwsze pytanie to to, od którego Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (...) Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zob aczył przechodzącego Jezusa, rzekł: „Oto Baranek Boży”. Dwaj uczni owie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! — to znaczy: Nauczycielu — gdzie mieszkasz?”. Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. ( J 1, 28. 35-39)2Ktoś spośród nas, nasz wspólny znajomy ma przynieść Dobrą Nowinę, ma przekazać objawienie, które zaczyna się prostym pytaniem: „Czego szukacie?”. To nie nasza odpowiedź, ale nagie pytanie jest słowem Bożym wkraczającym i działającym w nas niczym ręka, która otwiera nowe drogi, uczy nas oddychać. Ręka, która towarzyszy narodzinom. Na początku, trzeciego dnia nauczania, nad brzegiem Jordanu, a potem innego trzeciego dnia nowego początku, w ogrodzie z Marią Magdaleną, Jezus pojawia się, zaczynając rozmowę dokładnie tymi samymi słowami: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?” (J 20, 15). Powtarza je każdemu, kto chce zaryzykować dla Niego serce. W czasowniku „szukać” umieszcza definicję człowieka: jesteśmy stworzeniem, które pyta i poszukuje, stworzeniem, które pragnie. Jesteśmy poszukiwaczami złota zrodzonymi z tchnienia Ducha Świętego. Pytania, tak bardzo ludzkie, słowa wypowiadane przez dzieci, często ich pierwsze słowa, są jak spragnione i wygłodniałe usta, przez które w naszym życiu wyrażają się pragnienia, przez które oddychamy i jemy, którymi całujemy. Gdyby Bóg w jednej ręce zaproponował mi całą prawdę, a w drugiej pytania o prawdę, wybrałbym rękę, w której jest poszukiwanie (Gotthold Ephraim Lessing). Tę, w której są pytania i wyzwania, zdziwienie i pocieszenie, gdzie otwierają skrzydła moi aniołowie niosący zwiastowanie. Zobaczmy, jak wszystko na świecie się zmienia. Żyjemy, ponieważ w naszej fizyczności i w naszej psychice, we wszystkim tym, co stanowi naszą ludzką rzeczywistość, następują ciągłe przemiany. W dniu, w którym moje ciało się zatrzyma, przestanę żyć... Ciarki człowieka przechodzą na samą myśl o tym, że nie czeka nas już nic innego niż istnienie, w którym mielibyśmy powtarzać to samo, co robiliśmy zawsze. Pytania otwierają nas na to, co nowe. Są niespodziewanym darem, manną dla naszego pielgrzymowania do ziemi obiecanej. „Nazajutrz rano warstwa rosy leżała dokoła obozu. Gdy się wars twa rosy uniosła ku górze, wówczas na pustyni leżało coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi. Na widok teg o Izraelici pytali się wzajemnie: «Co to jest?» — gdyż nie wiedzieli, co to było. Wtedy powiedział do nich Mojżesz: «To jest chleb, który daje wam Pan na pokarm»” (Wj 16, 13-15). Nazwa manna to pytanie: man hu? co to jest? Człowiek ma w sobie dar złożony przez Boga, mannę pytań. Dostajemy na pokarm codzienną porcję znaków zapytania, które są chlebem dla serca i ducha, manną na długą podróż. Rainer Maria Rilke w Listach do młodego poety3 zachęca swojego rozmówcę, aby dobrze przeżywał pytania, aby nie biegł od razu od drzwi do drzwi, od książki do książki, od nauczyciela do nauczyciela w poszukiwaniu odpowiedzi. Należy kochać pytania, pozwolić im działać we własnym wnętrzu, aby odpowiednio dojrzały. My również w tych dniach chcemy pójść za radą Rilkego, dobrze przeżywać Jezusowe pytania, które są słowem Bożym w postaci wędrówki. Otwierają drzwi, wyznaczają ścieżki w sercu. Odpowiedzi definiują, pytania sugerują. Definicje zamykają, znaki zapytania zapraszają w dalszą drogę. Pytania są młode niczym niekończący się poranek. Jezus wychowuje do wiary poprzez pytania bardziej niż poprzez zdania twierdzące. „To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił” (Mt 13, 34). Jednak obok przypowieści ewangeliści przytaczają inną technikę komunikacji Mistrza: właśnie pytania. Podsumowując, powiedzmy, że cztery Ewangelie przytaczają 37 przypowieści (powtórzonych w 49 kontekstach) oraz ponad 220 pytań zadanych przez Pana i skierowanych do uczniów, ludzi chorych, cudzoziemców, przyjaciół i wrogów. Pytanie to komunikat nieagresywny, który nie zmusza drugiego do milczenia, ale rozpoczyna dialog, angażuje rozmówcę, a jednocześnie pozostawia go wolnym. Sam Jezus jest pytaniem. Jego życie i śmierć rodzą w nas pytania o ostateczny sens rzeczy, o to, co czyni życie szczęśliwym. Odpowiedzią jest On sam. Poprzez to proste pytanie: „Czego szukacie?” Jezus daje do zrozumienia, że czegoś nam brakuje. Poszukiwanie rodzi się z poczucia niedostatku, z doświadczenia pustki, która domaga się wypełnienia. Dwaj uczniowie, którzy wyruszają w drogę za Jezusem, nie zadowolili się tym, co mieli, nie wystarczała im wygoda duchowa, to, że są uczniami wielkiego proroka Jana. Nie powiedzieli sobie: jest ok, mamy najlepsze, co może być, ale: potrzebujemy czegoś więcej. W tym sensie są mistrzami życia duchowego. Błogosławieni niezadowoleni, albowiem oni staną się poszukiwaczami skarbów. Czego ja potrzebuję? Czego mi brakuje? Czy brakuje mi szczęścia? Utraciłem świeżość powołania, to, co Ozeasz nazywa miłością „jak za dni swej młodości” (por. Oz 2, 16-17). Brakuje mi fascynacji Bogiem? „Czego szukacie?” Pan kieruje te słowa również do nas, zebranych teraz w tej sali: Po co tu przyszliśmy? Czego w najbliższych dniach chcemy szukać? Zwracając się do mnie, Pan nie pyta o moją kulturę, moje umiejętności, moją teologię, ale o moje człowieczeństwo. Na pytanie o to są w stanie odpowiedzieć wszyscy — słabi i silni, uczeni i prostaczkowie, świeccy i duchowni. Wszyscy są równi wobec tych słów, przez które Jezus pozwala mi nawet na niepewności i wątpliwości. Mam prawo być słaby, inaczej nie miałbym nawet prawa się modlić, prosić Mocnego o pomoc, wołać: „skało moja” (2 Sm 22, 3). Tym pytaniem Jezus nie zwraca się do twojej inteligencji, woli czy emocji. Nauczyciel serca zwraca się przede wszystkim do twojego pragnienia i swoimi świętymi dłońmi sięga do wnętrza najgłębszej tkanki twojego istnienia. „Czego szukacie?” to znaczy: Jakie jest twoje największe pragnienie? Czego najbardziej pragniesz od życia? Jezus przybywa, aby ewangelizować nasze pragnienia, jest prawdziwym nauczycielem, egzegetą i tłumaczem naszych pragnień, uczy nas nie zadowalać się, uczy nas głodu nieba, uczy nas pragnąć „kęs więcej” (Luigi Ciotti), podczas gdy tak wielu wokół nas podszeptuje: dotarłeś do celu, ciesz się, przecież uczyniłeś już tyle dobra... Jezus ocala wielkość naszych pragnień, ocala nasze pragnienia od depresji, od minimalizmu, od banalizacji. Staje się manną na naszych pustyniach. Czyni to poprzez małe wyrażenie, które często pojawia się w Ewangelii: „bądźcie jak”: jak Ojciec, jak niebo, jak Chrystus. Otwiera przed nami najszersze horyzonty. Jaki smak miała manna? Mędrzec odpowiada: taki, jaki każdy lubił, smak pragnienia dla każdego inny. Pragnienie jak manna, chleb pustyni. Jezus nie prosi najpierw o wyrzeczenia i ofiary, nie prosi o to, aby człowiek złożył siebie na ołtarzu obowiązku lub trudu. Prosi przede wszystkim o to, aby człowiek wszedł do głębi serca, aby je poznał, zrozumiał to, czego najbardziej pragnie, to, co czyni go szczęśliwym, to, co dzieje się w jego wnętrzu. Prosi, by słuchać serca. Aby je objąć. Aby przyłożyć usta do źródła serca i pić (święty Bernard). Ojcowie nazywają to powrotem do serca, reditus ad cor. Bóg nie patrzy na to samo, na co patrzy człowiek. Ludzie patrzą na pozory, a Bóg „patrzy na serce” (1 Sm 16, 7). To, co egzegeci nazywają „złotą zasadą” (czyń innym to, co chcesz, aby inni czynili tobie, por. Łk 6, 31), działa w sposób następujący: zrozumiesz, co dawać innym, dopiero kiedy zrozumiesz, czego pragniesz dla siebie. Naucz się dawać innym to, co dobre dla ciebie. Dobre słowo, szczery uśmiech, uścisk dłoni człowieka, a nie roztargnionego urzędnika. Chcesz dla siebie miłosierdzia, szacunku, zrozumienia, chcesz, aby nie przywiązywano wielkiej wagi do twoich błędów, aby nie mówiono o tobie za twoimi plecami? Dawaj to innym! Ale możesz to robić, jeśli tylko najpierw wsłuchasz się w pytania serca. Cudowne podsumowanie prawa: Wróć do serca! Jezus zadaje wiele innych pytań dotyczących pragnień: „Co chcesz, abym ci uczynił?” (Mk 10, 51), „Co chcecie, żebym wam uczynił?” (Mk 10, 36). Trędowatemu łatwo odpowiedzieć, dla niewidomego z Jerycha odpowiedź jest oczywista. Jakub i Jan marzą o władzy, jeden chce zasiąść po prawej, a drugi po lewej stronie Pana. A ja o czym marzę? Może nam pomóc modlitwa biblijna, która wzywa Pana Boga. Znajduje się w Pierwszej Księdze Królewskiej (3, 5-15). Młody Salomon, w noc przed wstąpieniem na tron, usłyszał we śnie te słowa: „Proś o to, co mam ci dać”. Wzrusza mnie myśl, że również do mnie Bóg zwraca się tymi słowami: proś Mnie o to, czego chcesz, a Ja ci to dam. Czuję poruszenie w sercu: O co mam prosić Boga, gdzie jest mój skarb? Jakie jest moje najgłębsze pragnienie? Tej nocy Salomon prosi o swój skarb: „Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku”, daj mi serce, które słucha. Bóg jest zaskoczony, zdziwiony, oczarowany: „Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne”, a także to, o co nie prosiłeś. Bez takiego serca nie możesz rządzić ani swoim domem, ani biurem, ani małą czy dużą parafią, ani swoim światem wewnętrznym. To wielki dar, o który zawsze trzeba prosić, by móc słuchać Boga i krzyku Abla, by słuchać nieba i ziemi, aniołów i przypowieści, by słuchać piękna ziemi i muzyki stworzenia, głosu małych i ubogich. Również Samuel mówi: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9-10) — rozpoznaje Boga poprzez słuchanie w pierwszą z wielu nocy. Najważniejszą posługą dla Boga i ludzi jest słuchanie. Słuchać to nie to samo, co słyszeć. Słyszeć to fakt zmysłowy, słuchać to fakt wewnętrzny. Sztuka słuchania: jak dzieci, które słuchają oczami. Jak zakochany słuchający całym sobą. Czego szukam? Właśnie to pytanie, a nie żadne inne, otwiera serce. Co mam robić? Jaki mam być? Nie: co muszę albo czego nie mogę, ale: kim jestem, co żyje we mnie, co dzieje się w mojej witalnej przestrzeni? W tradycji monastycyzmu wschodniego przełożony nowicjatu gromadzi nowicjuszy i po długiej chwili milczenia pyta każdego z nich: Jaki obraz najczęściej pojawia się w tobie? Nowicjusz, przyzwyczajony do bezwarunkowej szczerości, odpowiada: zawsze śni mi się stragan mojego ojca. A na to nauczyciel: a zatem twoim zadaniem w życiu na teraz jest wrócić na targowisko, otworzyć stragan i sprzedawać orzechy, a nie siedzieć tutaj i być mnichem, ponieważ jeśli zostaniesz, będziesz sprzedawał święte obrazki. Ktoś inny odpowie: marzy mi się, żeby mieć rodzinę, kobietę... Nauczyciel odpowiada mu: a zatem twoim zadaniem jest teraz wrócić w radości do życia, spłodzić dzieci, Bóg tego właśnie chce od ciebie... Jeszcze inny odpowie: pragnę życia w ciszy, pragnę odnaleźć światło, które pojawia się w chwili, kiedy nasz duch traci poczucie własnego ja, zatapia się w oceanie pokoju i światła, którym jest sam Bóg — wschodnie wyobrażenie o komunii z Bogiem. Wtedy nauczyciel odpowiada: ty zostałeś stworzony do bycia mnichem. Odpowiedź na to, co w pytaniu Jezusa zdaje się skoncentrowane w jednej chwili, w tchnieniu zaledwie dwóch słów, zazwyczaj zajmuje w życiu wiele lat. Wspaniałą odpowiedź daje święty Benedykt: „Tego, kto stuka do bram klasztoru, zanim zostanie przyjęty, trzeba zostawić na jakiś czas przed bramą, a potem zapytać go si revera Deum quaerit”, czy naprawdę szuka Boga. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli. Jednym z najpiękniejszych i moich ulubionych sformułowań z Katechizmu Kościoła Katolickiego jest „Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli”4, Deus sitit sitiri, Bóg pragnie naszych pragnień. Martin Buber przytacza jedno z opowiadań chasydzkich: „W Ropczycach, gdzie mieszkał rabbi Naftali, ludzie bogaci, których domy stały samotnie lub też na przedmieściu, najmowali strażników, aby nocą pilnowali ich dobytku. Kiedy pewnego wieczora rabbi Naftali przechadzał się pod lasem okalającym miasto, spotkał — takiego właśnie — tam i z powrotem chodzącego strażnika. «Dla kogo tak wędrujesz?» — zapytał. Strażnik odparł pytaniem na pytanie: «A dla kogo ty wędrujesz, rabbi?». Słowa te ugodziły cadyka niby strzała. «Jeszcze nie wędruję dla nikogo» — wyrzekł z wielkim trudem i długo kroczył w milczeniu obok chodzącego tam i z powrotem strażnika. «Czy chcesz zostać moim służącym?» — zapytał wreszcie. «Chętnie — odparł tamten. — Co mam czynić?». «Będziesz mi przypominał [swoje pytanie]» — rzekł rabbi Naftali”5. Stróż zadaje rabbiemu kluczowe pytanie: Dla kogo tak wędrujesz? Kto lub co porusza twoim życiem? Może my też, postawieni przed takim pytaniem, na początku potrzebujemy chwili ciszy. Czy aby na pewno łatwa odpowiedź: chodzę dla Boga, dla Jego Ewangelii — jest najprawdziwsza? Trzeba nam pokochać pytanie: Kto jest panem i nauczycielem naszego życia? Kto decyduje o tym, co będziemy robić, a czego nie? To bardzo ważne, by ktoś nam często przypominał: A ty dla kogo tak wędrujesz? Jaka logika nami kieruje? Ja jako pierwszy pytam samego siebie: Dlaczego tutaj jestem? Dla kogo wędruję w tym tygodniu? Z próżności, bo przecież to wielki prestiż głosić kazanie przed wami? Czy może po to, aby świadczyć o Ewangelii, która daje mi radość i siłę? Każdy może zapytać samego siebie: Dlaczego uczestniczę w rekolekcjach? Dlaczego musiałem tu przyjść? Z poczucia obowiązku? Żeby nie było wstydu (może przed Ojcem Świętym)? A może jak święty Benedykt pytajmy, dlaczego revera Deum quaero, dlaczego szukam Boga? Czy szukam Boga, który jest tlenem, „któremu na imię radość, wolność i pełnia” (Marina Marcolini), w którym mogę rozkwitnąć? Boga, który jest dla mnie tym, czym wiosna dla kwiatów (Giuseppe Centore). Podobnie jak płomień szuka w powietrzu źródła dla swojego żywiołu, tak nasza dusza szuka Ciebie, swojego jedynego źródła żywiołu, swojego początku i końca. Wszystko zaczyna się od powrotu do serca, które słucha, od powrotu tam, gdzie nie mają znaczenia stanowiska, tytuły, urzędy, tam, gdzie jesteś żywy tak jak twoje pragnienie, gdzie masz tyle siły, ile mają twoje ideały. Soren Kierkegaard twierdzi: „życie wiary cechuje nieskończona pasja”. Pasja dla życia i dla Tego, który jest jego źródłem. Nawet wiara, nadzieja, miłość nie są ideami: albo są pasjami i namiętnościami, albo stają się niczym. Wszyscy rodzimy się jako byty namiętne. Nasze życie nie posuwa się naprzód dzięki rozkazom czy zakazom, ale za sprawą namiętności. Nie postępuje poprzez akty woli, ale poprzez fascynacje. Nie idzie naprzód poprzez obowiązki, ale poprzez uwodzenie. A namiętność rodzi się z piękna, gdy tylko człowiek je zobaczy. Namiętność do Boga rodzi się z odkrycia piękna Chrystusa. Bóg pociąga mnie nie dlatego, że jest wszechmogący, nie uwodzi mnie, ponieważ jest wieczny lub doskonały, za te rzeczy można Go podziwiać, a nawet być Mu posłusznym, ale nie kochać. Bóg uwodzi mnie poprzez twarz i historię Chrystusa, człowieka o życiu dobrym, pięknym i błogosławionym, człowieka wolnego jak nikt inny i kochającego jak nikt inny. On jest Dobrą Nowiną, która mówi: można żyć lepiej, każdy może. A Ewangelia ma klucz do lepszego życia, strzeże jego tajemnicy. „Jestem zmęczony mówieniem: Bóg — pisał Blaise Pascal — ja chcę Go czuć”6. Szukam Boga wrażliwego na serce, Boga, który uszczęśliwia serce, który ma na imię radość, wolność i pełnia. Bóg jest piękny. Naszym zadaniem jest głosić Boga pięknego, upragnionego, godnego zainteresowania. Boga, który przynosi pocieszenie. Jak Piotr na górze Tabor: „Panie, jak pięknie jest tu z Tobą być; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty...” (por. Mt 17, 4)7. Zubożyliśmy oblicze Boga, stopniowo zredukowaliśmy Go do nieszczęścia, oddelegowaliśmy Go do szperania w przeszłości i grzechu człowieka. Uczyniliśmy z Niego Boga, którego się czci i wielbi, ale w naszych oczach nie jest On Bogiem zaangażowanym i angażującym, który śmieje się i bawi ze swoimi dziećmi nad morzem w ciepłych promieniach słońca. Każdy człowiek szuka Boga angażującego. Bóg może umrzeć z nudów w naszych kościołach. „Chrystus zabity przez nasze smętne homilie” (David Maria Turoldo). Zwróćmy Mu jego słoneczne oblicze, oblicze Boga, którego można smakować i pragnąć, i którym można się cieszyć. To będzie jak picie ze źródeł światła, na krańcach nieskończoności. Czego szukacie? Dla kogo wędrujecie? Wędruję dla Tego, który uszczęśliwia Nie przyszedłem pana nawracać zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania jestem od dawna obdarty z błyszczenia jak bohater w zwolnionym tempie nie będę panu wiercić dziury w brzuchu pytając co pan sądzi o Mertonie nie będę podskakiwał w dyskusji jak indor z czerwoną kapką na nosie nie wypięknieję jak kaczor w październiku nie podyktuję łez, które się do wszystkiego przyznają nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką po prostu usiądę przy panu i zwierzę swój sekret że ja, ksiądz, wierzę Panu Bogu jak dziecko (ks. Jan Twardowski)8 opr. ab/ab 2 Cytaty z Pisma Świętego podajemy za Biblią Tysiąclecia, wyd. IV. 3 Por. Rilke, Listy do młodego poety, tłum. J. Nowotniak, Świat Literacki, Izabelin 1996. 4 Katechizm Kościoła Katolickiego, Pallottinum, Poznań 1994, 2560. 5 M. Buber, Opowieści chasydów, tłum. P. Hertz, W drodze, Poznań 1989, s. 214. W nawiasie kwadratowym zmiana zgodnie z tekstem włoskim E. Ronchiego. 6 Por. B. Pascal, Myśli, 617, tłum. T. Boy-Żeleński, Instytut Wydawniczy pax, Warszawa 1968, s. 290. 7 Tłumaczenie zgodnie z tekstem włoskim E. Ronchiego. W Biblii Tysiąclecia jest: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy”. 8 J. Twardowski, Nie przyszedłem pana nawracać. Wiersze 1945—1985, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, Warszawa 1991, s. 70.
Dlaczego? Bez względu na to czy ludzie są wierzący czy nie w ten jeden dzień w roku wszyscy trzymają się ściśle Bożego nakazu: „Oto dla was ustawa wieczysta: Dziesiątego dnia siódmego miesiąca będziecie pościć. Nie będziecie wykonywać żadnej pracy, ani tubylec, ani przybysz, który osiedlił się wśród was” (Kpł 16, 29). To Święto Pana to Jom Kippur czyli Dzień przebłagania czy Sądny dzień. Jest ono proroczą zapowiedzią sądu nad światem jakiego dokona Jezus gdy powtórnie przyjdzie. Jak Żydzi spędzają teraz ten dzień, kiedy nie ma już Świątyni gdzie mogliby składać nakazane przez Prawo Mojżeszowe ofiary? Żydzi spędzają ten dzień w synagogach modląc się, czytając całą Księgę Jonasza oraz poszcząc 24h. Jonasz – wielka ryba, znamy to. Co więc w niej takiego szczególnego, że Żydzi od wieków co roku w dzień Jom Kippur czytają właśnie tę księgę? Zanim Jonasz znalazł się w brzuchu ryby, znajdował się na statku z jednego konkretnego powodu – chciał uciec jak najdalej od Boga (por. Jon 1, 2-3). Co nim kierowało nie ma w tym momencie znaczenia. Ważne jest co z tym zrobił. Czasem bardzo łatwo jest nam ocenić zachowanie Jonasza jako niedorzeczne. Przecież przed Bogiem nie można się ukryć. Założę się jednak, że – tak jak ja – też czasem próbujesz to zrobić. Prawdą jest jednak, że przed Bogiem nie można się ukryć i nie można ukryć przed Nim naszych czynów. Bóg już dawno zna wszystkie nasze czyny, zarówno te dobre jak i złe: Oczy Twoje widziały me czyny i wszystkie są spisane w Twej księdze; dni określone zostały, chociaż żaden z nich [jeszcze] nie 139, 16 Boże, Ty znasz moją głupotę i występki moje nie są zakryte przed 69, 6 Bóg zna nie tylko nasze czyny, ale też nie ukryją się przed nim nasze słowa a nawet myśli. Niech znajdą uznanie słowa ust moich i myśli mego serca u Ciebie, Panie, moja Skało i mój Zbawicielu!Ps 19, 15 Bóg za nas do głębi. Zna nasze serce (ducha – najgłębszą istotę tego kim jesteśmy) i zna nasze nerki (duszę – umysł, wolę, emocje, sumienie). Niechaj ustanie nieprawość występnych, a sprawiedliwego umocnij, Boże sprawiedliwy, Ty, co przenikasz serca i 7, 10 Tak jak Jonasz nie był w stanie ukryć się przed Bogiem tak nie ukryją się przed Nim żadne nasze czyny, słowa i myśli. Drugą rzeczą, która porusza mnie w Księdze Jonasza jest odpowiedź mieszkańców Niniwy na słowa Proroka – zupełnie inna niż postawa starotestamentowego kapłana Helego. W księdze Samuela czytamy o grzechach synów Helego, o których ich ojciec wiedział i przymykał na nie oko. Dlatego Bóg przez Samuela przekazał Helemu słowa o karze, która spotka cały jego ród. Odpowiedź Helego brzmiała „On jest Panem! Niech czyni, co uznaje za dobre” (1 Sm 3, 18). Jonasz też wcale nie wzywał do nawrócenia. On ogłaszał zagładę dla miasta. Jednak odpowiedź pogańskiego ludu Niniwy nie była przyjęciem tego z rezygnacją, tak jak zrobił Heli. Brzmiała ona: I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie co następuje: Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory – ludzie i zwierzęta – niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą [popełnia] swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy?Jon 3, 5-9 Mieszkańcy Niniwy nie przyjęli słów proroka z rezygnacją. Nie wpadli też na pomysł żeby używać życia przez kolejne 40 dni czekając na Bożą karę. Oni postanowili pościć i pokutować nie mając pewności czy Bóg ich wysłucha. Jednak w tym wypadku nie mieli nic do stracenia. A Bóg ich wysłuchał. W przeciwieństwie do tego co głosi współczesny świat i część duchownych Bóg, nie jest fałszywie miłosierny. On nie patrzy z miłosierdziem na ludzi przyzwalając na ich grzech. On okazuje swą miłość, ale tylko tym których serca są skruszone. Bóg jest święty i nie chce żeby cokolwiek nas od niego oddzielało, żaden grzech. Bóg chce abyśmy, kiedy mamy coś na sumieniu, zamiast próbować uciekać przed Nim, przyszli do niego ze skruszonym sercem. A dobrą nowiną jest to, że dzięki śmierci Jezusa, która była ostateczną ofiarą za grzechy wszystkich ludzi, kiedy wyznamy nasze grzechy przed Bogiem On wymazuje nasz zapis dłużny. Modlę się za was i za siebie: żebyśmy zawsze pamiętali, że Bóg jest kochającym Ojcem, który z otwartymi ramionami czeka aż przyjdziemy do Niego i wyznamy nasze grzechy tak by już nic nas z Nim nie rozdzielało; żebyśmy nie odkładali tego „na potem”, ale w każdej chwili byli gotowi na przyjście Jezusa. Modlę się też za członków Narodu Wybranego, aby w dniu Jom Kippur kiedy będą przez post i modlitwę przybliżać się do Boga rozpoznali, że ostateczną doskonałą ofiarą przebłagalną za grzechy był Jezus Chrystus. Więcej temat tego co Jom Kippur oznaczał dla Żydów w czasach biblijnych, jak wypełnił go Jezus i jak wyglądało jego świętowanie dowiecie się z najnowszego odcinka vloga Fundacji Namiot Spotkania: # 13 Rosh Hashana i Yom Kippur, czyli między Nowym Rokiem a Sądem? Photo by Jakub Kriz on Unsplash
なぜ神様は私たちの身近な存在を奪うのか? 大切な人を亡くすことは、人生の中で最も恐ろしい経験のひとつであることは間違いありません。死そのものは謎に包まれた神秘的なものですが、悪や苦しみを連想させます。多くの人は、「どこにあるの? 神様 私たちの周りでは 歴史 悲劇ですか?なぜ 神様 は、私たちの 子どもたち?なぜ 神様 私たちを 今後? これもまた、様々な角度から見ることができる問題です。この神の計画を理解するのは困難なことが多い。この場合は、なぜか 神様 は、私たちが予期しないときに人を奪うのではないか?それとも何か後ろめたいことでもあるのでしょうか?しました。 神様 は私に怒っていますか?これは絶対に間違ったアプローチです。そんな時、私たちは反発します。 ミスター 神様. で 信仰 自分勝手に、自分だけのプリズムで見てはいけない。もう少し広い視野で見なければなりません。信仰とは、私たちに日々もたらされる恵みの行為であると考えるべきです。 信頼感 神様彼の計画を信じて、私たちは良くも悪くもこの中にいることを忘れてはなりません。死は意味をなさない 私たちのために 罰を受けることになります。時には、悪意を持って人の命を奪うことができる人も含め、すべての人間に与えられた自由意志の結果として死が訪れることもあります。の時はどうでしょうか? 神様 子供を独り占めしている?この点についても、神への揺るぎない信仰という観点から見る必要があります。 もちろん 神様 苦しみから完全に解放されることを求めているわけではありません。主はそのような出来事を私たちに経験させ、そのことを神のように証言してくださいます。しかし、主の善意と慈悲を忘れてはなりません。たとえ絶望的な状況、勝ち目のない状況に置かれたとしても、私たちには苦しむ権利があり、不幸になる権利があります。主の唯一の 神様 私たちからの要求は、常に 信仰 彼と彼の能力に 主は、私たちの人生には死がつきものであり、死はこの地上でのみ悪と見なされるという事実に私たちを慣れさせます。揺るぎない信仰を持つ人、欲望を持つ人 慈悲 死後、彼らは信じられないような体験をする、それは 永遠の命 我々の側で ミスター in heaven。それは最大の アワード クリスチャンに降りかかる可能性のあるそのため、私たちは 常設 地上の生活でどんな不利益を被っても、主との和解のために努力すること。普通の人である私たちにとって 生き物 これは素晴らしいテストです。しかし、私たちは 常設 感謝され、報われる。 瞬間 迷いや弱さは人間のもの。しかし、私たちは常に神の恵みに頼ることができることを忘れてはなりません。 常設 に囲まれています。ですから、愛する人の死という最大の悲しみと危機の中にあっても、主に信頼する強さを見いだそうではありませんか。 投稿ナビゲーション
dlaczego bóg zabiera nam najbliższych